Żalek: Is fecit, cui prodest (Ten uczynił, czyja korzyść)

Mało kto czyta dziś więcej, niż tylko nagłówki. Chyba zgodnie z takim właśnie przekonaniem redagowano Konwencję o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Chwytliwe słowa, szczypta delikatnie ukrytego moralizatorstwa i polityczna poprawność w jednym. Prawie genialne! „Prawie”, ponieważ wciąż są tacy, którzy mimo wszystko czytają to, co pod nagłówkiem.

Zwolennicy Konwencji niczym mantrę powtarzają słowa o potrzebie prawnej ochrony kobiet przed wszelkimi przejawami agresji. Z tak formułowanym postulatem nie sposób się nie zgodzić. Tyle tylko, że polskie prawo – począwszy od przepisów Konstytucji, gwarantującej równouprawnienie kobiet i mężczyzn (art. 33) oraz zapewniającej kobietom nietykalność osobistą (art. 41) – już teraz taką ochronę przewiduje. Ponadto, Kodeks karny penalizuje określone zachowania skierowane przeciwko wolności seksualnej i obyczajności (rozdział XXV). Karane jest również naruszenie nietykalności cielesnej, zarówno kobiety jak i mężczyzny (art. 217 w § 1). Polskie prawo penalizuje również stosowanie przemocy wobec kobiety ciężarnej (art. 153 § 1). Należy też mieć na względzie, iż ustawa z dnia 29 lipca 2005 r. przewiduje różnego rodzaju środki służące przeciwdziałaniu przemocy domowej, a także określa procedury postępowania wobec osób dotkniętych przemocą oraz wobec osób stosujących przemoc. To tylko wybrane przykłady. W istocie nie sposób byłoby wskazać na wszystkie rozwiązania, obecne już w prawie polskim, służące zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej.

A jeśli prawo rzeczywiście jest w tej materii niedoskonałe (choć nie jest!), to z jednej strony oznacza to totalną kompromitację rządu koalicji PO – PSL, który rzekomej luki nie dostrzegł przez ostatnie siedem lat, a z drugiej wskazuje na potrzebę uzupełnienia systemu prawa polskiego ideologicznymi przepisami. Po co nam Konwencja? Chyba jedynie po to, by rozpętać światopoglądową wojnę.

Zwolennicy Konwencji – z żarliwością dewotów odwołujący się do idei bliżej nieokreślonej „europejskości” – bardzo niechętnie sięgają do raportu jakże europejskiej – bo powołanej do życia decyzją Rady Europy – Agencji Praw Podstawowych UE dotyczącego przemocy wobec kobiet. Opublikowany w roku 2014 raport wskazuje Polskę jako kraj o najniższym wskaźniku przemocy doświadczanej przez kobiety od obecnego lub byłego partnera. Polska okazuje się być jednym z państw o najniższym odsetku przypadków stosowania przemocy fizycznej lub seksualnej wobec kobiet. Co więcej, autorzy raportu zwracają uwagę na wysoki wskaźnik tzw. „raportowalności” przypadków przemocy organom ścigania. Statystyki dotyczące przemocy wobec dziewczynek również stawiają Polskę w bardzo dobrym świetle – jedynie 14% badanych kobiet stwierdziło, że w dzieciństwie doświadczało przemocy fizycznej. A jakie państwa znajdziemy na drugim końcu zestawienia? I znów zaskoczenie! Dania, Finlandia, Szwecja, Francja – kraje od lat stanowiące punkt odniesienia dla feministek zafascynowanych równością płci (a może raczej ich identycznością). Dla polskich wielbicieli Konwencji, raport rzeczywiście jest niewygodny. Do zastosowanej metodologii nie mogą się przyczepić – we wszystkich krajach europejskich kobiety potraktowano tak samo zadając im identyczne pytania! Najprawdopodobniej stwierdzą zatem, że polskie kobiety są zacofane i śladem swoich skandynawskich koleżanek za wyraz przemocy na tle seksualnym powinny uznać prosty gest ustąpienia miejsca w autobusie lub przepuszczenia w drzwiach.

A może istotą Konwencji nie jest ochrona kobiet, lecz ich całkowita… eliminacja? Bo jak inaczej nazwać próbę zatarcia różnic między mężczyznami i kobietami?

Światopoglądowy spór między aktywistkami Kongresu Kobiet (proszę tę nazwę potraktować jedynie symboliczne), a kobietami skupionymi wokół Kongresu Kobiet Konserwatywnych (ta nazwa to również jedynie symbol) moglibyśmy uznać za wewnątrz-kobiecą dyskusję na temat roli i statusu kobiet. Ale wśród organizacji domagających się ratyfikowania Konwencji odnajdujemy też tak ciekawe stowarzyszenia, jak chociażby Kampanię Przeciw Homofobii. Kto wie, czy obecność tego rodzaju stowarzyszeń nie jest kluczem do odpowiedzi na pytanie, czym naprawdę jest Konwencja? Bo jakiego rodzaju korzyść w ratyfikowaniu Konwencji dostrzegać dla siebie mogą organizacje skupiające mniejszości seksualne? Wskazówką mogą być te przepisy Konwencji (a jest ich niemało), które redefiniują pojęcia płci. Faktem jest, że pytanie o tajemnicę kobiecości nigdy nie należało do pytań łatwych. Zdaje się, że nawet Zygmunt Freud grzebiąc w odmętach nieświadomości nie był w stanie odpowiedzieć na postawione przez siebie pytanie o naturę kobiety. Cóż – okazuje się, że odnaleźli się właśnie tacy, którzy wiedzą! Od dzisiaj płeć ma już swój niepodlegający dyskusji wyznacznik: to „społecznie skonstruowane role, zachowania, działania i atrybuty, które dane społeczeństwo uznaje za odpowiednie dla kobiet lub mężczyzn” (jak czytamy na jednej z pierwszych stron Konwencji). Kim w takim świetle są transseksualiści i homoseksualiści, i co tak naprawdę odróżnia ich od heteroseksualistów? Nic. A to pociąga za sobą wyraźne skutki społeczne i prawne – od zrównania w programach edukacyjnych zachowań trans- i homoseksualnych z zachowaniami heteroseksualnymi, po otworzenie bram dla adopcji dzieci przez pary, których spoiwem jest specyficzny wymiar seksualności. Niektórych to nie oburza, mnie – owszem.

Uważniej przyglądając się Konwencji nie stawiajmy pytania o prawną ochronę kobiet przed przemocą. Ta ochrona już istnieje i – jeśli uznamy wyniki badan Agencji Praw Podstawowych – funkcjonuje w Polsce skutecznie. Zastanówmy się raczej, kto tak naprawdę na Konwencji chce skorzystać

Is fecit, cui prodest (Ten uczynił, czyja korzyść).
źródło: jacekzalek.salon24.pl

0 replies

Zostaw komentarz

Want to join the discussion?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *