Kowal: Seteczka po wyborach

Od Krakowa do Brukseli. Moja znajoma nie wybiera się na marsz 13 grudnia. Co prawda zgadza się z Jarosławem Kaczyńskim w sprawie wyborów samorządowych, a nawet uważa „jeszcze bardziej”, ale chciałaby, żeby to było w inny dzień, bo „ma swoje wspomnienia z grudniowej nocy”. Inni uważają, że 13 grudnia to najlepszy dzień na protesty, ale akurat w to, że głosowanie było nie fair, „nie wierzą”. W Polsce każda normalna sprawa potrafi urosnąć do rangi narodowej tragedii. Politycy rządowi podkręcają, że opozycja „podpala” Polskę, dziennikarze łapią się za głowy. Olaboga, laboga. Nie ma nic dziwnego w pokojowej demonstracji zgodnej z prawem itd. 13 grudnia nie jest w polskiej świadomości martwą datą, ludziom kojarzy się z walką o demokrację, prawa człowieka i z próbą uciszenia głosu Polaków przez gen.
Jaruzelskiego. I każdy ma prawo rozumieć w odpowiedni dla siebie sposób przesłanie 13 grudnia – interpretować je, nadawać współczesne znaczenia, walczyć tego dnia chociażby o dokładne liczenie głosów. Demonstranci nie „zajmą” całej Polski, zostawią przestrzeń dla tych, którzy protestować nie chcą. Moja znajoma na demonstrację nie pójdzie, przyjdą inni, też dobrze. O co cały ten rwetes? Z zamieszania wyborczego najwyraźniej zostaje tylko ów szum medialny i opowiadanie, że jakby nie system informatyczny, to byłoby dobrze. Jakby ten system nie nawalił, to byśmy na inne błędy jeszcze raz nie zwrócili uwagi. Obserwatorzy ubiegłotygodniowych wyborów w Mołdawii już słyszeli o polskich problemach z wyborami samorządowymi. Przykład 20% nieważnych głosów był podawany wśród doświadczonych ekspertów od wyborów jednoznacznie: jako patologia. 20% w skali kraju oznacza, że były miejsca, gdzie było znacznie więcej. Jeśli np. 1/3 wyborców w powiecie X nie wie, jak głosować, o fałszerstwach tu nie mówię, to chyba nie o nich to źle świadczy, a o tych, którzy taki system wprowadzili. Ludzie w II turze pokazali, że potrafią zmienić nawet „wiecznych” prezydentów czy burmistrzów. Wygląda, że nie zawsze to będzie zmiana na dobre. Tu i tam władza była prawie niewzruszalna, wybory lekko wybrakowane, a kartka wyborcza jednak zmieniła lokalną politykę. W jednym mieście Małopolski, powiedzmy południowej, usłyszałem kiedyś, że pewien „facet” nie z tej partii co trzeba, nie zostanie w tym mieście ani nauczycielem, ani urzędnikiem, ani nawet sklepu nie założy, bo koncesji na wyszynk nie dostanie. Pomyślałem wtedy, że jak na skromne małopolskie miasto trochę za bardzo była to wypowiedź, jak to się mówi w wojsku, figo-fago. Nie minęło wiele, dokładnie ten człowiek został burmistrzem, teraz on będzie rozdawał posady w urzędzie, decydował, kto będzie uczył historii, oby mu tylko nie przyszło do głowy rozdawać koncesje na sprzedaż alkoholu tylko dla tych z „odpowiednimi” dla niego poglądami, bo nie będzie gdzie wyskoczyć na seteczkę.
źródło: dziennikpolski24.pl

0 replies

Zostaw komentarz

Want to join the discussion?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *